Chociaż czasem nam się wydaje, że nasze włosy mają własne życie (a być może nawet sekretną grupę wsparcia, gdzie codziennie narzekają na suszarki, prostownice oraz niewłaściwie dobrane szampony), to prawda jest prosta – bez odpowiedniej pielęgnacji nie mają szans brylować na czerwonym dywanie codziennego życia. Jednym z produktów, który coraz częściej przewija się w rozmowach włosomaniaczek (i włosomaniaków), jest Anwen wcierka. Czy to magiczny eliksir gęstych kosmyków, czy raczej kolejny bubel w ładnym opakowaniu? Przekonajmy się!
Co to za cud-wcierka, czyli kilka słów o Anwen
Dla tych, którzy nie znają Anwen – to polska marka naturalnych kosmetyków do włosów, która od lat zdobywa serca (i skalpy) zarówno blogerek urodowych, jak i zwykłych śmiertelników marzących o fryzurze a la Roszpunka. Jej produkty to często ukłon w stronę natury, z inteligentnym twistem składników aktywnych. Anwen wcierka dostępna jest w kilku wariantach (np. Grow Me Tender czy Emolientowa Róża) i każda z nich ma inny skład oraz konkretną misję – pobudzić porost, wzmocnić cebulki albo… ożywić skalp znudzony życiem pod czapką zimową.
Skład – czyli działają, czy tylko ładnie brzmią?
Skład to pierwszy test, na którym wiele kosmetyków polega z hukiem. Na szczęście wcierki Anwen zdają go jak uczennica z paskiem na świadectwie. Przykład? Wariant Grow Me Tender zawiera m.in. ekstrakt z czerwonej cebuli (bez obaw, nie pachnie jak niedzielny rosół), kozieradkę, skrzyp polny i żeń-szeń. Do tego dochodzą kofeina, mentol oraz ksylitol – trio, które działa jak energetyczny kop dla zmęczonego skalpu. Skład jest czysty, przejrzysty i bez zbędnych zapychaczy typu alkohol denat na drugim miejscu. W skrócie: dużo dobra, minimum bullshitu.
Efekty – czyli czy naprawdę rośnie jak na drożdżach?
Ach, efekty… To ten moment, na który wszyscy czekamy z niecierpliwością większą niż na nowy sezon „Bridgertonów”. Z opinii użytkowniczek jasno wynika, że regularne stosowanie wcierki (czyli, uwaga, co najmniej przez 3-4 tygodnie – cierpliwość, młoda padawanko!) może przynieść naprawdę zauważalne rezultaty. Baby hair pojawiają się niczym grzyby po deszczu, a długość włosa zaczyna przypominać wyniki skoku narciarskiego Kamila Stocha – coraz dalej i dalej. Wiele osób zauważa też mniej wypadających włosów i poprawę kondycji skóry głowy – mniej swędzi, mniej się przetłuszcza, czyli ogólna atmosfera na głowie się poprawia.
Jak stosować, żeby nie zwariować?
Wcieranie wcierki to osobna filozofia zen. Najlepiej aplikować ją bezpośrednio na czystą skórę głowy (czyli tuż po myciu), delikatnie masując opuszkami palców przez kilka minut. Nie trzeba jej spłukiwać, więc nie trzeba odstawiać rytuału „wmasuj, spłucz, wysusz, zaplakaj”. Warto jednak pamiętać, że regularność to klucz – jedna aplikacja raz w miesiącu z pewnością nie sprawi, że obudzisz się z fryzurą jak Beyonce. Pro tip: trzymaj produkt w lodówce – chłodna aplikacja to dodatkowa stymulacja.
Opinie użytkowniczek – entuzjazm czy dramat fryzjerski?
W sieci roi się od recenzji i większość z nich jest zaskakująco pozytywna. Użytkownicy chwalą skuteczność (bo kto by nie pokochał nowych baby hair?), skład, a także przyjemny sposób aplikacji. Minusy? Niektórym nie odpowiada specyficzny zapach kozieradki (który, umówmy się, nie jest Chanel No. 5, ale da się przyzwyczaić), a także cena – jak na wcierkę, może wydawać się lekko wygórowana. Ale jak to mawiają nasze babcie: „za jakość się płaci, moje dziecko”.
Choć żadna wcierka nie zrobi z nas od razu Królowej Lwiej Grzywy, to jedna rzecz jest pewna – marka Anwen znowu zaproponowała coś, co łączy w sobie naturę, skuteczność i przemyślane formuły. Czy Anwen wcierka sprawdzi się u Ciebie? Jeśli Twoje włosy ostatnio częściej zostają na szczotce niż na głowie – warto spróbować. W najgorszym wypadku zafundujesz sobie chwilę relaksu z masażem skóry głowy, a w najlepszym – gęstsze włosy, którym można zazdrościć.
Przeczytaj więcej na: https://ohmagazine.pl/anwen-wcierka-dzialanie-efekty-i-opinie-uzytkowniczek/