Jeśli świat beauty byłby planem zdjęciowym do serialu Netflixa, to James Charles byłby jego główną gwiazdą, odcinkiem specjalnym i cliffhangerem w jednym. Trudno znaleźć obecnie kogoś, kto w świecie makijażu wzbudzałby więcej emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i… no cóż, nie do końca pochlebnych. Choć jego talent do blendowania cieni jest godny Oscara, to niestety jego umiejętności unikania kontrowersji są już nieco mniej rozwinięte. Co tym razem wywołało burzę? Dlaczego znów mówi się o nim głośniej niż o najnowszej palecie z Sephory? Usadowcie się wygodnie – czas na kolejny rozdział sagi: “James Charles i kosmetyczne zamieszanie stulecia”.
Nowy projekt – nowa burza
James Charles niedawno zafundował swoim fanom niespodziankę, której nie wyczarowałby nawet najdroższy primer – wypuścił własną linię kosmetyków pod nazwą “Painted.” Brzmi pięknie, prawda? Niestety, debiut marki momentalnie wzbudził zastrzeżenia. Internauci zaczęli kwestionować jakość produktów, ich skład oraz – a jakże – ceny. Choć pigmentacja cieni przewyższa śródziemnomorskie zachody słońca, to wiele osób zarzuciło twórcy oderwanie od rzeczywistości, bo nie każdego stać na kolor tuszu kosztujący więcej niż romantyczna kolacja dla dwóch osób.
Mam to w TikToku!
James Charles, jak na królową internetu przystało, nie odmówił sobie promocji w social mediach. TikTok, Instagram, YouTube – jego twarz wyskakuje użytkownikom niemal jak niechciana wysypka po nowym kremie. Niestety, nie wszystkie filmy zyskały poklask. Krytycy zarzucili mu sztuczność reakcji, przesadne “ochy” i “achy”, a także… kontrowersyjną estetykę kampanii promocyjnej. Niektórzy internauci porównali jego looki do kostiumów z wybiegów mody Saturna. Efekt? Kolejna fala memów, kolejne analizy – i kolejny raz James Charles wraca na języki całego świata beauty.
Wpadka za wpadką, ale czy na pewno?
Dla postronnych obserwatorów James Charles to chodząca kontrowersja. Ale czy nie o to właśnie chodzi w dzisiejszym świecie influencingu? Każdy jego ruch – od koloru lakieru po hasztag pod zdjęciem – generuje miliony odsłon. A przecież w świecie beauty nie ma złej reklamy – jest tylko źle dobrany filtr. Nie zapominajmy, że James od lat potrafi skutecznie odbudowywać swoje imperium po każdej burzy, niczym markowa baza po nieudanym pudrze. Może więc kryzys to po prostu jego sposób na błyszczenie?
Fani – lojalni czy zmęczeni?
Największym zaskoczeniem w całej tej aferze nie są kolejne ostrzeżenia ze strony internautów, ale… niesłabnące wsparcie fanów. James Charles nadal ma oddaną armię makijażowych wojowników, którzy bronią go niczym eyeliner w upalny dzień – z zawziętością absolutną. Chociaż część społeczności beauty zaczęła mu odwracać się plecami, wiele osób twierdzi, że “nikt nie blenduje cienia jak James!”. Pytanie jednak, czy ta lojalność przetrwa kolejne skandale, czy też wypali się szybciej niż źle ustawione ring lighty podczas tutorialu.
Jak widać, historia Jamesa Charlesa to niekończąca się opowieść, w której każde nowe wydanie palety to potencjalny początek globalnej dyskusji. Jedno jest pewne – niezależnie od tego, czy go kochasz, czy masz go dosyć, nie możesz przejść obok niego obojętnie. Świat beauty potrzebuje takich postaci jak on: barwnych, kontrowersyjnych i wiecznie gotowych na nowy makijażowy dramacik. Kończąc ten rozdział pamiętajmy, że choć trendy w kosmetykach przemijają, nazwisko James Charles wciąż odbija się echem po całym świecie internetu – i to z większym echem niż najnowszy highlighter w limitowanej edycji.
Zobacz też:https://meskiblog.pl/kim-jest-james-charles-wiek-waga-paleta-sklep-instagram/