Miłość – czyż nie powinna być prosta jak bajka Disneya? Niestety, wielu z nas zamiast lekkiej komedii romantycznej, przechodzi raczej przez dramat psychologiczny z elementami thrillera. Sceny zazdrości, ciągłe analizowanie wiadomości (Dlaczego dodał dwie emotki zamiast jednej?!), a także obawy przed odrzuceniem to sygnały, że w grę może wchodzić coś więcej niż tylko „mam ciężki tydzień”. To może być lękowy styl przywiązania – częsty, choć często nierozpoznany reżyser naszych emocjonalnych relacji. Przyjrzyjmy się temu, co to właściwie jest, jak rozpoznać objawy i… jak nie zwariować w drodze do bezpiecznego stylu kochania.

Co to jest ten cały „styl przywiązania”?

Psychologia to nie tylko Freud i kanapa. Styl przywiązania to koncepcja, która mówi o tym, jak uczymy się kochać i być blisko z innymi – najczęściej już w dzieciństwie. Mówiąc prościej: sposób, w jaki nasi opiekunowie traktowali nas za młodu, rzutuje na to, jak dziś traktujemy nasze partnerstwo. Są osoby o stylu bezpiecznym – spokojni, ufni, bez wielkiej dramy. Ale są też ci, którzy nieustannie martwią się, czy ich druga połówka nie planuje ucieczki do Peru z koleżanką z pracy. I to właśnie oni mogą mieć lękowy styl przywiązania.

Jak rozpoznać objawy lękowego stylu przywiązania?

Wyobraź sobie wewnętrznego głosika, który szepcze ci do ucha po każdym „nie” lub zbyt długiej ciszy w wiadomościach: „To koniec. Nie kocha cię. Zaraz cię rzuci, ale najpierw cię zdradzi.” To klasyka. Osoba z lękowym stylem przywiązania przeżywa emocjonalne trzęsienia ziemi nawet przy niewielkich sygnałach niepokoju.

  • Silna potrzeba bliskości – minimalna odległość (czyli np. siedzenie na drugim końcu kanapy) może być odebrana jako globalne ochłodzenie relacji.
  • Nadmierna analiza sygnałów – każde „OK” bez buźki to potencjalna zapowiedź końca związku.
  • Strach przed porzuceniem – nawet jeśli wszystko idzie dobrze, w głowie tęskni się za katastrofą.
  • Niskie poczucie własnej wartości – ciągłe pytanie w głowie: „Dlaczego ktoś miałby mnie kochać?!”

Lękowy styl przywiązania: skąd on się bierze?

No dobrze, mamy już diagnozę, ale skąd się to wszystko wzięło? W większości przypadków przyczyny trzeba szukać w dzieciństwie (czyżby znów winni byli rodzice?). Jeśli nasi opiekunowie byli niekonsekwentni, raz obecni, raz znikający emocjonalnie, dziecko uczy się, że bliskość to coś, na co trzeba zasłużyć. A skoro miłość nie była dana bezwarunkowo, dorosły zaczyna zakładać, że zawsze może ją stracić.

Więcej na temat mechanizmów stojących za tym zjawiskiem przeczytasz tutaj: lękowy styl przywiązania.

Jak sobie z tym radzić (i nie doprowadzić ukochanej osoby do szaleństwa)?

Nie ma jednej magicznej tabletki, która natychmiast zmieni styl przywiązania z lękowego na bezpieczny (choć psychologowie sądzili przez moment, że może to być Nutella – niestety się nie potwierdziło). Ale istnieją sposoby, by nauczyć się zarządzać własnym niepokojem i budować zdrowe relacje:

  • Psychoterapia – szczególnie skuteczna jest terapia schematów lub terapia poznawczo-behawioralna. A wracanie do dzieciństwa na kozetce nie jest już passé!
  • Ćwiczenia mindfulness – brzmi hipstersko, ale działa. Uczy bycia tu i teraz, nie w przyszłościowej katastrofie miłosnej.
  • Ćwiczenie autorefleksji – zapisuj swoje emocje, analizuj myśli i sprawdzaj, które z nich są tworem panikującego mózgu, a które faktycznie mają coś wspólnego z rzeczywistością.
  • Komunikacja z partnerem – serio, większość problemów w związku wynika z braku mówienia. Powiedz, że masz lęki zamiast stroić focha rodem z telenoweli.

Lękowy styl przywiązania nie musi oznaczać wiecznego cierpienia miłosnego ani prenumeraty poradników o złamanym sercu. Kluczem jest świadomość i gotowość do pracy nad sobą (choćby po trochu, między serialem a kotem na kolanach). Każdy z nas zasługuje na zdrową, stabilną relację – taką, w której nie trzeba analizować każdej kropki w wiadomości. I choć droga ku temu może być wyboista, to zdecydowanie warto ją przejść. Może bez scen w deszczu, ale za to z happy endem.